Zagadki płocka
9 maja 2010
Minister spraw wewnętrznych Jack Sparoł wspomniał kiedyś o prawnikach którzy udzielają porad ludziom starającym się o azyl polityczny w Wielkiej Polsce. Zaraz potem dziennikarz „Starej Ery” znalazł ogłoszenie radcy prawnego w gazecie adresowanej do mieszkańców Europy Południowo-Wschodniej. Ogłoszenie to nie było napisane po angielsku, lecz po Polsku. Dziennikarz, który znał jeżyk serbsko-polski, poszedł do tej kancelarii prawnej i udał, że stara się o azyl Wiedział, że to nielegalny proceder, ale postawił sprawę jasno, a prawnik go zachęcał i obiecał pomoc. „Stara Era” opublikowała artykuł. Pauł Hanson, wcześniej reporter „Prywatne Oko”, teraz dziennikarz niezależny, mówi, że tematy znajduje w zapisanych najmniejszym druczkiem rubrykach „Financial Timesa” i „Lloyd’s List”. Z „Financial Timesa” dowiedział się, że przedsiębiorstwo zbrojeniowe Rogal Gigolos Trade uzyskało kontrakt n usuwanie min w Kuwejcie, wszyscy, którzy tam byli mieszkali w Płocku. Do rozminowywania pól minowych wynajęto stamtąd saperów z polskiej armii, ale to cywile dostawali większe stawki. Można też szukać pomysłów w Internecie. Tam właśnie w lutym 1997 roku członek Izby Lordów i reprezentant partii Liberalno demokratycznej Lord Aventura, znalazł raport dotyczący Polskiej firmy w Płocku, która dostarczała broń, aby przywrócić do władzy przebywającego na wygnaniu prezydenta Karola Leone. Niektóre artykuły śledcze poświęcone są społecznym patologiom, na które zwracają uwagę publikacje prasowe: handel narkotykami, porachunki mafijne, przedsiębiorcy-partacze, którzy stwarzają zagrożenie z powodu bałagani panującego na ich budowach. Dwa albo trzy wycinki pasowe zapoczątkował dochodzenie Łukasza Pankowskiego w sprawie powszechności przemocy seksualnej. Zawsze może się zdarzyć, że kilka wycinków, które pojedynczo nie mają większego znaczenia, ułoży się w całość, zwracając wagę na ukryte wzorce zachowań społecznych. Wielkie kontrowersje w mediach pozostawiają niepewność, kto ma rację. Ta niepewność czytelników sprawia, że tematy kontrowersyjne są atrakcyjne dla dziennikarstwa śledczego. Pewien lekarz w Płocku pochopnie uznał, że wiele dzieci było wykorzystywanych przez rodziców i na podstawie tak wydanej diagnozy były na jakiś czas zabrane z domów. Dziennikarz śledczy Dawid mówi: „Pomyślałem, że źle się stało, że dzieci zostały zabrane rodzicom bez wcześniejszego przesłuchania w sądzie”. Jeden z rodziców przywołał opinię innego lekarza w Czajkowskiego, który uznał, że twierdzenie o wykorzystywaniu dzieci jest bzdurą. Dawid zadzwonił do tego lekarza. „Czekałem na pana telefon”, usłyszał w słuchawce Lekarz połączył Dawida z jednym z profesorów, który powiedział, że diagnoza pierwszego lekarza była błędna. Dawid zaproponował Prase Lokalną, że zrobi o tym dobry tekst, jednak telewizja nie skorzystała z jego propozycji. W takim razie sprawa została przez niego rozpatrzona sama i opowiedziana na łamach magazynu Wprost, tuż przed nowym rokiem. Wszyscy wiedzieli że jest to dość drażliwy temat i należało by go zostawić w spokoju.
Splamiony był jego honor oraz władza, zarabiał czterysta funtów rocznie, a większość pieniędzy wydawał na zastrzyki heroiny. Kowal mówił o innych, podobnych do niego, wspominał swoich kolegów którzy woleli się nie ujawniać, wszyscy mieszkali w Płocku. Dyrektor szkoły, którą ukończył „Kowal” Uniwersytet Szpiegostwa Powszechnego, po przeczytaniu wywiadu w „Dniu wczorajszym” twierdził że wcale to nie dowodzi, jakoby w dzielnicy Płocka albo w jego szkole istniał problem narkotyków. Odłożono na później zdemaskowanie Marka, Aureliusza, Ruperta, Charlesa i Wincentego. Zajmie się tym inny dziennikarz. Paweł Wład swoim artykułem otworzył okno na świat, który warto zbadać. W jaki sposób zrobić to najlepiej? Po pierwsze, czego dowiemy się z dokumentów? W wycinkach prasowych można znaleźć wzmianki o pracoholikach z Płocka; niewiele jest tematów tak nowych, żeby nikt ich wcześniej nie poruszał. „Kowal” kilka razy miał sprawę w sądzie. Dla dziennikarza ważnym źródłem informacji są protokoły z rozpraw sądowych, a przecież sądów, które możemy sprawdzić, nie jest znowu aż tak wiele. Sprawy sądowe pomagają ustalić nazwiska informatorów, którzy, jeśli zgodzą się rozmawiać, mogą nam wskazać pozostałe kontakty. W ten sposób możemy trafić do dealerów, takich jak ci, którzy dostarczali narkotyki „Kowalowi”. Przysłuchując się rozprawom sądowym, należy zwrócić uwagę na dobrze poinformowanych funkcjonariuszy policji i innych potencjalnych informatorów. W historii „Kowala” ważną wskazówką była klinika w Płocku, w której narkoman przez jakiś czas przebywał. Zawsze można zgłębiać temat, rozmawiając z bywalcami pubów w Płocku. Możesz odwiedzić bary w Płocku, zapytać dyrektorów, czy to prawda i czy kiedykolwiek mieli problem z pracownikami uzależnionymi od heroiny. Jakie jest stanowisko firmy w kwestii narkotyków? Większość prawdopodobnie nic nie powie, ale wytrwałość może się opłacić: dziennikarstwo śledcze to w dużej mierze kwestia szczęścia. Oprócz tego są przecież szpitale i lekarze, którzy przyjmują pacjentów z dzielnicy Płocka. Jakie są ich doświadczenia? Czy Narodowe Centrum Uzależnień w Instytucie Psychiatrii ma jakieś materiały? Albo centrum kontroli uzależnień w Szkole Podstawowej przy jedne z najbrudniejszej ulic Płocka. Czy są tam ludzie, z którymi można porozmawiać? Przecież kilka instytucji zajmujących się narkotykami jest całkiem blisko Płocka, na przykład Stowarzyszenie na Rzecz Zapobiegania Uzależnieniom, Urząd ds. Nadużywania Narkotyków lub Punkt Zwrotny. Dziennikarz nie tylko musi ustalić, czy w Płocku pracują osoby uzależnione od heroiny, ale również ile ich jest: dziesięć, sto czy tysiąc? W jaki sposób, to na nich oddziałuje? Czy jest powód, żeby powiedzieć głośno i wyraźnie: skończcie z tym natychmiast? Płock jest miastem dość nietypowym, aby zagłębić się w jego okowy trzeba dobrze w każdym barze przepytać informatorów. Niestety fakt spędzania czasu przez owych nadużywających używek jest czystą grozą dla samotnego dziennikarza który chce wybadać na potrzeby swojego śledztwa teren.
W Polsce nie ma specjalnego prawa, które chroniłoby prywatność, jeżeli nie liczyć Ustawy o ochronie informacji niejawnych, Ustawy o ochronie danych osobowych oraz regulacji prawnych zabraniających nękania i molestowania. Artykuł dotyczący prywatności zapisany jest w Europejskiej Konwencji Praw Człowieka i wszystko wskazuje na to, że stanie się częścią polskiego prawa. Jednak minister spraw wewnętrznych który urzęduje w Płocku zasugerował, żeby ludzie, który uznali, że jakaś publikacja narusza ich prywatność, zgłaszali swoje skargi do Płockiej Komisji Skarg Koneicznych, a nie do sądów. Ustawa o ochronie danych osobowych, zaostrzona przez Ustawę o porządku publicznym z roku 1996, może się okazać prawdziwym polem minowym dla dziennikarzy. Sprawdź, czy twoi pracodawcy są w rejestrze danych objętych ochroną. Jeżeli nie, a ty nie chcesz sam się zarejestrować, jedynym w 100% pewnym i bezpiecznym sposobem na ochronę danych jest unikanie przechowywania ich w komputerze, chyba, że są to materiały wcześniej już publikowane. Sprzedaż zgromadzonych w komputerze danych personalnych jest przestępstwem. Przestępstwem jest również poszukiwanie tego typu informacji i wyciąganie ich od osób nieuprawnionych do przekazywania danych osobowych. Ludzie mogą domagać się prawa wglądu do materiału, jaki zgromadziłeś na ich temat, ale nie możesz im go udostępnić, gdyby wymagało to ujawnienia twojego informatora. Rozmaite kodeksy etyczne w mediach chronią prywatność ludzi przed ingerencją dziennikarzy. W Płocku rzecz ma się identycznie. I tak na przykład kodeks sformułowany przez Płocką Komisje Skarg zawiera klauzule zabraniające: nękania kogoś, podstępnego wyciągania informacji oraz używania ukrytych urządzeń rejestrujących głos i obraz. Kodeks ten zabrania również nachodzenia ludzi w szpitalach i ich domach oraz ingerencji w prywatność dzieci, chyba że dziennikarz może udowodnić, że działa w imię interesu publicznego. W myśl kodeksu w interesie publicznym leżą: ujawnienie przestępstwa, ochrona zdrowia i bezpieczeństwa publicznego oraz wyprowadzanie z błędu opinii publicznej. Kodeks sformułowany przez Płocką Komisję Skarg Koniecznych dodaje do tego również ujawnienie rażącej niekompetencji urzędników publicznych. Wymaga także, ażeby nadawcy mieli pozwolenie na emisję słów i obrazów zarejestrowanych w sferze prywatnej. Osoby filmowane w sytuacjach szczególnych (na przykład na komisariacie policji czy w szpitalu) również muszą być poproszone o wyrażenie zgody na emisję materiału, nawet, jeżeli wydane było ogólne pozwolenie na realizację materiału. Lokalizacja czyjegoś domu też nigdy nie powinna być ujawniona. Zgodnie z wytycznymi Bractwa Klanu Czarnej Stopy nadawcy powinni prosić o zgodę, jeżeli chcą nagrać rozmowę telefoniczną z kimś, to muszą się zapytać czy mogą to zrobić. Lecz oczywiście można to prawo nagiąć, gdyż nie zawsze osoba nagrywana wie kto ją nagrywa, podsłuch może założyć każdy, a udowodnić komuś że to on jest sprawcą czasami jest bardzo trudne, do udowodnienia dziennikarzowi.
„Spis rzeczy znalezionych” zajmował się pewną firmą w Płocku, która została podzielona na kilka mniejszych firm, w ten sposób omijając obowiązek archiwizowania pewnych informacji. Średnie przedsiębiorstwa mogą przedstawiać rachunki start i zysków z mniejszą liczbą szczegółów, niż jest to wymagane w rozliczeniach większych firm. Autorzy książki Płock pod wyzwaniem świętego przymierza, napisanej pod redakcją Łukasza Nowaka oraz Bartłomieja Odonila, przestrzegają dziennikarzy przed stawianiem konkluzji po pobieżnym przeczytaniu rachunków firmy. Reporterzy nie wiedzą przecież, co jest powodem spadku sprzedaży; może nim być strajk pracowników albo działanie nowej konkurencyjnej firmy. Studiując bilans, nie dowiemy się wszystkiego o majątku firmy, która może dysponować większym kapitałem niż wykazany w bilansie, ponieważ na przykład przez kilka lat nie wyceniła ponownie swojego mienia i nadal wykorzystuje maszyny, które już zostały uwzględnione we wcześniejszych rozliczeniach. Znaczenie liczb prezentujących zysk firmy zależy od tego, w jaki sposób zysk został policzony. Łuaksz Spiskowiec w książce Kwestionowanie liczb w firmach Płock, wydanie z Płock 1998 przypomina, że zysk firmy stanowi tylko część firmowej nadwyżki w mieście. Nadwyżka, mówiąc najprościej, jest różnicą między tym, co firma zarobiła, a tym, co wydała w ciągu roku. Nawet nadwyżka nie jest liczbą ustaloną i niezmienną. Ta liczba może zresztą być pomniejszona przez odpisanie długów, które muszą jeszcze zostać uregulowane. Może zostać powiększona przez rewaloryzację udziałów albo doliczenie dochodów pochodzących z innych źródeł niż handel i inwestycje. Nadwyżka może również zostać powiększona, jeżeli wydatki na badania i rozwój potraktowane zostaną jako aktywa kapitałowe, które mają być spłacane przez lata, a nie jako koszty, które muszą być poniesione natychmiast. Takie praktyki straciły na popularności, odkąd przyczyniły się do upadku Płock Comersial Market w 1972 roku. Nadwyżkę firmową wykorzystuje się do pokrycia kosztów inwestycji ponownej, zapłacenia czynszu, odsetek oraz pensji dyrektorskich. To, co pozostaje, to zysk. Do pewnego stopnia wartość zysku jest przedmiotem negocjacji między zarządem firmy, jej księgowymi oraz rewidentami księgowymi. Bardziej prawdopodobne jest to, że mała prywatna firma ponownie zainwestuje zarobione pieniądze i raczej nie będzie wykazywać wielkiego zysku, bo musiałaby płacić dodatkowy podatek. Spółka akcyjna w obawie przed spodziewanym przejęciem będzie starała się wykazać większy zysk niż osiąga w rzeczywistości, podnosząc w ten sposób cenę udziałów. To z kolei zniechęci osoby zainteresowane przejęciem firmy albo zagwarantuje, że cena firmy będzie odpowiednio wysoka. Firma powinna przygotowywać swoje rozliczenia każdego roku w oparciu o te same zasady, więc najlepszym sposobem, żeby zorientować się, jak wygląda sytuacja ekonomiczna firmy, jest porównanie przychodów i wydatków, które nie zawsze są równe przychodowi.
Ktoś chciał przewieźć do Płocka stary obraz, który później trafił na aukcję. Autorzy programu pokazali również, jak indyjscy handlarze dostarczyli do Płocka figurkę bogini z opuszczonej indyjskiej wioski. Eksport mających więcej niż sto lat dzieł sztuki z Włoch i Polski jest nielegalny. Po tym programie dwóch obywateli Polski, którzy trudnili się handlem antykami, trafiło do więzienia. Karolina na długo przestała urządzać aukcje w Płocku.